środa, 16 marca 2016

Wiosenne ozdoby - przeróbki







Najczęściej kupuję wiosenne ozdoby w kolorach zielonym, białym, różowym, ewentualnie innym pastelowym. Tym razem będzie zielony, ale w innym odcieniu, chłodnym tzw. miętowym. Białe drewniane i w ciepłym zielonym kolorze kwiaty są z zeszlego roku, zając też.
    Również kupiłam parę drobiazgów na wyprzedaży i a w tym roku postanowiłam je zaaranżować we własny sposób. Nie będę kupować nowych ozdób.

Do przeróbki zawieszek metalowych i drewnianych kwiatów wybrałam farbę kredową i brokat w kolorze farby






Farba kredowa dobrze pokryła powierzchnię nawet po jednej warstwie. Nie było potrzeby malowania drugi raz






Zostawiłam ozdóbki do porządnego wyschnięcia, i potem pomalowałam druga stronę i znowu do wyschnięcia






 Po wyschnięciu drugiej strony, metalowe jajka ozdobiłam brokatem, a kwiatki zostawiłam takie jakie są





Zmieniałam zawieszki i jajka gotowe do wiosennych kompozycji :)





A tu zastosowanie drewnianych kwiatów. Zdobią wiosennie stół razem z drewnianym zającem. Kolor miętowy łączę z ciepłym zielonym.








Nie wszystko trzeba kupować w danym sezonie, można coś przerobić z zeszłego sezonu, albo kupionego na zeszłorocznej poświątecznej wyprzedaży.

Pozdrawiam An

czwartek, 10 marca 2016

Marzec - ocieplacz na jajko. Haft płaski


        Marzec, to prawie już wiosna. Na razie astronomiczna, bo do kalendarzowej jeszcze trochę trzeba poczekać. Dla mnie ten miesiąc, zawsze kojarzył się z baziami, krokusami i nadchodzącymi świętami wielkanocnymi. 
Skoro niedługo pojawią się święta, no to trzeba coś świeżego przygotować. Zrobiłam ocieplacz na jajko. Do zrobienia ocieplacza, użyłam białego filcu w arkuszu, oraz zastosowałam haft płaski, o charakterze folkowym. 
      Haftem płaskim właściwie nie haftuję, ale chciałam sprawdzić, jak mi będzie szło. Wrażenia - dosyć trudny i wymagający sporej precyzji. Tak szybko się go nie robi, jak haft krzyżykowy.  No nic, to była wprawka, przed wykonaniem bieżnika, o jesiennej tematyce i to właśnie haftem płaskim. Zobaczymy, jak mi wyjdzie, i czy mnie zniechęci do dalszych poczynań :)

Na razie prezentuję ocieplacz na jajko.





Do środka ocieplacza wszyłam dodatkowy grubszy i miękki materiał. Dlatego ocieplacz jest szeroki.





Z jednego arkusza filcu powstała prawa i lewa strona ocieplacza.






Kwiatka wymyśliłam, więc może nie być taki precyzyjny. Zależało mi na folkowym charakterze samego haftu, więc użyłam dosyć ostrych kolorów mulin. Wykorzystałam podstawowe ściegi haftu płaskiego.






Monogram, próba haftowania łąńcuszkiem - to mi szło najlepiej :)






A jak wracałam do domu, to przed domem na trawniku witała mnie spora gromatka kwiatuszków :) zerwałam sobie dwa i włożyłam do książki, na pamiątke tej wiosny.

Przysłowie marcowe brzmi: "w marcu jak w garncu", jednak mam nadzieję, że śnieg nie spadnie i nie przykryje tych pięknych krokusików i jeszcze mnie trochę pocieszą swoim widokiem.











Pozdrawiam wiosennie
An



środa, 24 lutego 2016

Książka "Rok w Prowansji"- Peter Mayle







"Rok w Prowansji" Peter Mayle - to książka, do której lubię powracać. Czytałam ją już nie raz i za każdym razem z równie szczerym uśmiechem.

Autor książki przeprowadził się z Anglii do Francji, a dokładnie do Prowansji, wraz z żoną kupili tam dom i zamieszkali. Wszystko pięknie brzmi jak bajka, ale rzeczywistość była nieco inna, bo dom był stary i do remontu, a okoliczni mieszkańcy lekko dziwni, ale na swój sposób przyjaźni.
         Peter Mayle w swojej książce, opisuje właśnie te swoje perypetie związane z remontem domu, opisuje w zabawny sposób mieszkańców i różne historie z nimi związane, opisuje swoje życie dzielone między remontem a  najazdami znajomych i znajomych królika - bo przecież mieszkają w Prowansji  i spanie jest darmowe :)
Wszystko przedstawia z humorem, może nawet z lekką satyrą, ale dającą na pewno do myślenia.
        Książka jest podzielona na rozdziały, a każdy rozdział, to jeden miesiąc z roku. Czyta się ją szybko i przyjemnie, w sam raz na popołudnie z dobrą herbatką kwiatową :) Ja jestem ogromną wielbicielką wszystkich książek Peter'a Mayle'a.

Pozdrawiam i zapraszam do czytania :)
An

niedziela, 14 lutego 2016

Malutki czajniczek z kwiatami






    Ten malutki czajniczek, o pojemności ok.200ml, znalazłam w sklepie zielarskim. Od razu mnie zachwycił. Teraz poszukiwania herbaty, nie chciałam zwykłej mieszanki, interesowała mnie kwiatowa. I w piątek, właśnie taką znalazłam w markecie, ziołowo-kwiatową. Mieszanka jest cudowna, niezwykła, do niezwykłego czajniczka. Herbata w smaku jest gorzkawa, czuć wyraźnie tymianek, taka jak dla mnie to, na sympatyczne popołudnie.

Jestem pod wrażeniem i herbaty i czajniczka, więc zrobiłam parę fotek i poświęciłam im cały wpis:)




Czajniczek jest malutki, swobodnie mieści się w dłoni :)





Herbaty wystarczy włożyć 1 łyżkę, nie więcej.





Mieszanka jest kwiatowa min. zawiera kwiat nagietka, kwiat malwy, melisę cytrynową, tymianek. Jeszcze takiej herbaty w sklepie nie widziałam. A tą znalazłam w dziale bio. Jeszcze były inne mieszanki, ale ta mnie zachwyciła tymi kolorami kwiatow.





 Herbata parzy się ok 8-10min. Kwiaty pęcznieją i wyglądają obłędnie. To piekne w czajniczku, to jest kwiat nagietka, przepiękny. Te chińskie kwiaty, które kupuje się w sklepie zielarskim do zaparzenia w czajniczku, mogą się schować przy nagietku. Nasz europejski, piękny, pomarańczowy nagietek lekarski, bije je o głowę :)





A teraz tak przygotowaną herbatę ziołową zabieram na tacy i zanoszę do pokoju, gdzie już na mnie czeka książka. A jaka to książka, to napiszę w następnym poście :)


Pozdrawiam
An


środa, 10 lutego 2016

Luty - Orchidea


     Już po karnawałowych zbytkach i czas zacząć spokojniejszy tryb życia. U mnie się to objawia, czytaniem książek. Ostatnio kupiłam trzy, więc będę miała co czytać, a i mały hafcik też jest w planie do zrobienia. Także zimowe wieczory mam już zaplanowane.

W zeszłym roku w styczniu dostałam w prezencie Orchidee. Nie jestem amatorem tych kwiatów, nie znam się na ich hodowli, a także ich nie kupuję nikomu w prezencie. Cóż, lubię kwiaty, więc było mi go szkoda wyrzucić, poczytałam trochę o nich i zastosowałam się do "instrukcji". Nie dawałam sobie ani kwiatu żadnych wielkich szans. Aż tu jeszcze w zeszłym roku, w grudniu, wypuścił wysoki pęd. Zorientowałam się , że to nie kolejny korzeń, tylko pęd kwiatowy. A w styczniu tego roku zakwitły kwiaty, jeden po drugim, całe siedem pączków się otworzyło. Byłam zdumiona, że się udało. Jestem z niej dumna :)

Teraz zastanawiam się czy dokupić jej do towarzystwa jeszcze jedną Orchidee, czy zostawić ją samą, bo przecież królowa jest tylko jedna :) :)

A to moja duma, stoi na parapecie :









Pozdrawiam
An z Chatki

czwartek, 4 lutego 2016

Tłusty Czwartek - pączek musi być


W Tłusty Czwartek nie może się obyć bez pączków :) Cytując książkę "Polskie obrzędy i zwyczaje" B.Ogrodowskiej, :
          "W tłusty czwartek nigdzie nie mogło zabraknąć smażonych na tłuszczu słodkich racuchów, blinów i pampuchów oraz lepszych i delikatniejszych ciast, pączków i chrustów (zwanych faworkami) ..... Pączki bowiem, od kilku stuleci są wielkim, polskim specjałem karnawałowym i specjalnością kuchni polskiej"

 Z tym, że pączki najlepiej smakują w Polsce, potwierdzam. Są miękkie , ale nie za słodkie, z lukrem i ze skórką pomarańczową, a konfitura z dodatkiem róży...mmm rozpływa się w ustach.  Niemieckie pączki są za puchate i ze słodkim dżemem, posypane cukrem-pudrem, nie mają wyrazu, są za słodkie, ale można je zjeść i to taki substytut, zamiast moich ukochanych pączusiów z różą. Jak to się mówi, "na bez rybiu, to i rak też ryba" :)
A, że jeszcze trwa karnawał (tutaj nazywa się Fasching), na dodatek jest dzisiaj Tłusty Czwartek to i słodkiego tutejszego pączusia Krapfen'a kupiłam. Na niniejszym obrazku załączony i już pożarty :)




Najlepsze pączki w Warszawie można kupić w Pracowni Cukierniczej Zagoźdźińskich na Górczewskiej i u Bliklego na Nowym Świecie.  Zawsze mi smakowały :)

Życzę dobrej zabawy i dużo pączków
Pozdrawiam
An

czwartek, 7 stycznia 2016

Styczeń - Czerwone jabłko


      Jak pisałam wcześniej, tuż po świętach zaczynają się u mnie wyprzedaże, wyprzedają różności. Ja korzystam z obniżek porcelany w Villeroy-Boch (zdjęcie z upolowanymi rzeczami poniżej). Ludzie szaleją w tych sklepach, ale wyprzedaże, to stosunkowo nowa tradycja. Ja chciałam przybliżyć trochę starsze zwyczaje panujące tu gdzie mieszkam, czyli w Niemczech.
 Teraz, może tego wszystkiego już nie zauważam, ale pierwsze święta jakie spędziłam na obczyźnie, były dla mnie nowe i zaskakujące.

      Po pierwsze, zaskoczyło mnie to, że Niemcy nie świętują 24 grudnia. Owszem, idą do Kościoła na Mszę, na Pasterkę, ale nie mają tego dnia uroczystej kolacji , takiej jak mamy my - Wigilii. Zaczynają świętować 25 grudnia. Przyrządzają różne potrawy, w zależności od tradycji domu, chęci, albo regionu. Właściwie, to jest bardziej świąteczny obiad niż kolacja. Tradycyjnie, przynajmniej w moim regionie - kaczka albo pieczona gęś, czerwona kapusta (pyszna, aromatyczna ), kluski śląskie.
     Dla mnie kwintesencją Wigilii jest nasza Polska tradycja, dzielenia się opłatkiem, spotkanie z rodzicami, dziadkami, postnej kolacji z tradycyjnymi potrawami i obrzędami, które są pielęgnowane rodzinnie, w każdym domu. 
W Niemczech tego nie ma, widzę to raczej jako zwykły niedzielny obiad, często bez towarzystwa rodziców czy dziadków. Nie pielęgnują tak jak my rodzinnych tradycji, są bardziej oschli. Często bywa, tak że mieszkają obok siebie, a przez wiele lat matka z córką nie rozmawia ze sobą. Nie z tego, że się pokłóciły, nie, po prostu mają swoje życie i nie interesują się sobą wzajemnie. Nawet rzadko do siebie dzwonią.
To mnie tutaj totalnie zaskoczyło i nie podoba mi się to. Mogę mojej mamy często nie odwiedzać, ale żebym nie zadzwoniła i nie zapytała się co u niej słychać i jak się czuje, czy czegoś jej nie potrzeba, nooooo.....  nie wyobrażam sobie.
Niemcy nad relacjami rodzinnymi powinni sporo popracować, tu mają ogromne braki:)

Zaskoczyło mnie również, jak w każdym nawet w najmniejszym miasteczku organizowane są jarmarki świąteczne. Oprócz jedzenia i grzanego wina, są też stragany, gdzie promowane jest rękodzieło danego regionu, czy hobbyści ze swoimi wyrobami. Piękne rzeczy.
     Tego właśnie mi brakuje w Polsce. Tej promocji hobbystów, folkloru regionu, promocji regionalnych wyrobów.

I jeszcze taka rzecz, chyba najbardziej dla mnie widoczna, to że wraz z rozpoczęciem się adwentu, wszyscy biegną kupić choinkę. Choinka w domu stoi przez cały adwent, święta i jest wyrzucana dzień albo dwa dni po Święcie Trzech Króli. Ludzie wyrzucają choinki na główną ulicę obok swojego domu, choinki leżą stosami, a na następny dzień jeżdżą po mieście ciężarówki i zbierają choinki. Dzień zbiórki choinek jest ogłaszany w gazetce, jest w internecie, a także na słupie informacyjnym ratusza.
     W Polsce zazwyczaj kupuje się choinki tuż przed Wigilią i stoi prawie do końca stycznia. Utylizacją choinki musi się każdy sam zająć, o jeżeli nie jest w jakichś sposób przez daną gminę zorganizowane. U moich rodziców nie jest, więc muszą sami wyrzucić choinkę. Od kilku jednak lat, już nie kupują choinki, żeby sobie nie robić kłopotu z wynoszeniem, a to są starsi już ludzie, to mają kilka gałązek , taką symboliczną choinkę.



A tutaj zdjęcie moich zdobyczy porcelanowych




A tu, żeby umilić sobie wczorajsze święto Trzech Króli łasowałam "czerwone jabłuszko" Jest to zwykłe miękkie jabłko, powiedzmy że w stylu koszteli, polane czerwonym cukierkiem. U nas były kiedyś takie duże owalne płaskie przeźroczyste czerwone lizaki, to właśnie tym jest polane to jabłko.
Uwielbiam je, przypomina mi właśnie te lizaki z dzieciństwa :) a jabłko jak się od razu nie zje, to trzeba schować je do lodówki, bo po jakimś czasie ten cukierek spłynie z jabłka.

Pozdrawiam
An z Chatki